Placebo. Jak bardzo chcesz dać sie wrobić?

Pamiętam, jak na którymś hipnotyzującym szkoleniu prowadzący przekazał na następujące instrukcje:

Wyobraź sobie, że jesteś u dentysty. Na twardawym fotelu przyjmujesz pozycję półleżącą. Jaskrawe światło dentystycznej lampy lekko Cię oślepia, a specyficzny zapach w twoich nozdrzach automatycznie uruchamia kaskadę mało przyjemnych wspomnień z dzieciństwa. Z rozwartymi szczękami obserwujesz igłę na strzykawce w rękach osobnika w białym kitlu, a po twoim kręgosłupie i ramionach przechodzą dreszcze. Po chwili możesz poczuć ukłucie w lewą stronę twojego podniebienia. Lekko szczypiąc, rozchodzi się bardzo powoli obejmując stopniowo całą górę szczęki. Z każdym oddechem możesz zaobserwować narastające poczucie odrętwienia w tej okolicy. Twoja górna warga staje się bezwładna i chłodna. Możesz nawet zauważyć, że staje się coraz mnij wrażliwa na dotyk. Jeśli chcesz, możesz spróbować się uszczypnąć, aby uświadomić sobie, że nie czujesz bólu. Znieczulający środek działa znakomicie.

Gdy placebo działa

Pamiętam także, jak zdawałam później relacje mojej siostrze z tego wydarzenia: ty wiesz, że podziałało, faktycznie warga mi zdrętwiała? Ona zaś, machnąwszy ręką, odparła, e tam, co ty. Po prostu się zasugerowałaś. I mimo, że nie zdawała sobie z tego do końca sprawy, trafiła w sedno. Zasugerowałam się. Łyknęłam placebo. I zadziałało. Ale nie zawsze tak było.

Entia non sunt multiplicanda praeter necessitatem

Leżąc jako kilkuletnia dziewczynka w łóżku, przykryta po szyję pierzyną i zmagając się z okrutną grypą, robiłam sobie w głowie setki planów naprawczych. Liczyło się tylko jedno, by to parszywe choróbsko przestało mną targać bo  czułam się tragicznie. Wpadałam na setki genialnych pomysłów typu, „wypiję duszkiem 10 szklanek ohydnego mleka z miodem. Dobra, może być nawet ten cholerny czosnek. Zniosę to”. Dorzuciłam tez 50 zdrowasiek, bo ludzie mówili przecież że bóg może uzdrowić każdego. Nie pomogło. To wydarzenie, wzmocnione naukowymi przekazami mojej matki, mego ówczesnego autorytetu w dziedzinie medycyny, spowodowało narodziny mojego wewnętrznego sceptyka, który dokarmiany regularnie moim naukowo-materialistyczno-redukcjonistycznym zacięciem rósł w zastraszającym tempie, aż w końcu mnie przerósł i zrobiło się bardzo ciasno. Wraz z nim zamieszkała we mnie obsesja badania wszystkich przypadków tzw. cudownych uzdrowień. Nie mogło być czegoś takiego, przecież mi się nie udało! Zawsze zaś uzbrojona w brzytwę Ockhama, ścierałam na miazgę iluzje wierzących cuda niewidy. Wszak, jak mawiał Clauberg, „nie należy mnożyć bytów ponad miarę”. ZAWSZE jest jakieś rozsądne i prostsze wytłumaczenie. Pragnę jednak podkreślić, iż jako sceptyk z prawdziwego zdarzenia, byłam również otwarta. Potrzebowałam jedynie dowodów. Dlatego wielokrotnie stawałam w szeregu chętnych do przejścia przez proces „cudownego” uzdrowienia. Eksperyment dźwignią nauki! I podczas gdy inni prześcigali się w dostarczaniu opinii lekarskich, według których  cofnął im się reumatyzm, niedosłuch, ślepota i tym podobne dolegliwości, ja stałam w cieniu. Oni dostali swoje, a mi  się nigdy nic nie cofnęło. (Na szczęście, niewiele miałam do wycofania, ale zawsze coś dało się wygrzebać). Mogłam oczywiście podważać lekarzy, ale wkrótce dałam sobie spokój.  Skoro ci łatwowierni naiwniacy faktycznie czuli się lepiej, niech im będzie. Dali się nabrać, ot co. Szarlataneria! Byłam wściekła i załamana jednocześnie. Czemu na mnie nigdy nic nie działa? Przecież chciałam, a ponoć dla chcącego nic trudnego.

Nocebo kontratakuje

Ale skoro dali się nabrać i było to skuteczne, to może właśnie o to chodzi? Przecież efekt placebo właśnie na tym polega, by chamsko dać się nabrać! Tylko co ma zrobić tak sceptycznie nastawiona osoba jak ja, która za dewizę życiową postawiła sobie „nie dam się wrobić”? Sęk w tym, że ja już dawno dałam się nabrać, choć sobie tego nie uświadamiałam. Łyknęłam inną pigułkę, zaoferowaną przez mojego wewnętrznego sceptyka. Zamiast konstruktywnego, uzdrawiającego placebo, regularnie garściami zżerałam nocebo, które działa równie skutecznie, jeno w bardziej wyrafinowany i perfidny sposób, w postaci głosu szepczącego mi na ucho „nie uda ci się”, „na ciebie nigdy nic nie działa”, „to nie dla ciebie”, „dobre rzeczy są dla innych”, „przestań bujać w obłokach, po prostu nie zasługujesz, koniec, kropka.”. Łykając „lek” o antagonistycznym działaniu, jakże mogłam liczyć na pozytywne skutki placebo? Po niemalże zabójczej dawce nocebo, na cóż były moje wysiłki i mordercze rytuały? Choćbym trzy razy okrążyła najświętsze miejsca świata na kolanach, wypiła hektolitry wody świeconej, spaliła milion kadzideł i połknęła kilo paracetamolu, ból głowy by nie przeszedł, skoro brałam silny środek o działaniu przedłużającym migrenę. Uświadomiłam sobie, że tekst „na mnie nic nie działa”, to bujda na resorach. Faktem jest, że na mnie mega skutecznie działało nocebo. A więc dawałam się wrobić, że „nie zasługuję”, „że obleję egzamin”, „coś jest ze mną nie tak”, „brakuje mi tego i owego” i że „boli mnie ząb”. Łykając tablety z takimi napisami, dostawałam dokładnie to, do czego one były przeznaczone.

„Magiczne” efekty

Z zaciśniętymi zębami i pięściami wsłuchiwałam się w wieści chirurga Bruca Moseley’a z Houston w Teksasie, który szczyci  się niemalże stuprocentową skutecznością w leczeniu bólu stawu kolanowego, przeprowadzając udawane operacje, podczas których dokonuje jedynie kilku nacięć skóry, podczas gdy jego pacjenci są święcie przekonani, iż są właśnie poddawani skomplikowanym zabiegom chirurgii artroskopowej. Właściwie cóż w tym dziwnego? Niemalże cała historia medycyny to historia efektu placebo. Dawniej lekarze mieli o wiele bardziej ograniczoną wiedzę niż, dziś. A jednak odnosili sukcesy. Sukcesy dzięki placebowym sugestiom, z czego pewnie nie zdawali sobie sprawy. I choć do dziś nikt nie wymyślił skutecznej teorii, która wyjaśniałaby sposób działania placebo („Czyżby umysł miał wpływ na materię ciała? Nie może być”, rzekł właśnie mój malutki wewnętrzny sceptyk. Tak, trochę go zmniejszyłam, bo mnie wkurzał) efekt ten jest w medycynie uznany i wykorzystywany w wielu dziedzinach, a jego skuteczność rośnie z biegiem czasu.  Tak naprawdę, działanie każdego konwencjonalnego leku czy terapii ma w sobie szczyptę placebo. Powiedzmy, ze ktoś zaoferuje tobie ibupro-, panado-, czy etopiryno-coś tam, mówiąc, że to cukierek, a Ty prawdziwie ewangelicznie „nie zwątpisz w sercu swoim” w słowa tej osoby, jest wielce prawdopodobne, iż Twoja dolegliwość nie ustąpi. Żadna pigułka nie pomoże bez Twojej wiary.

Przypadek Sama P. Londe

Sam otrzymał diagnozę, a właściwie wyrok: rak żołądka. Sam zaczął podupadać na zdrowiu. Sam w wkrótce zmarł. Wynik sekcji zwłok: zero śladu jakiegokolwiek nowotworu. Halo, to dopiero zabójcza sugestia. Gdy dowiedziałam się o tym przypadku, postanowiłam skończyć z braniem. Odstawiłam nocebo. Nie biorę, jestem czysta. Nie mówię, że obyło się bez syndromów odstawienia. Wiem jednak, że odkąd przeszłam na placebo, dzieją się cuda (jakkolwiek to brzmi w ustach sceptyka). Obawiam się jednak, że większość ludzi jedzie na twardym nocebo. Plaga nocemanii sięga zenitu. Więc może czas z tym skończyć i sięgnąć po najlepsze pragnienia, cele i przekonania, na jakie stać Twoją wyobraźnię? Dla Twojego umysłu nie ma żadnych ograniczeń. Uzależnij się Tylko od własnych konstruktywnych sugestii. Twoja podświadomość zareaguje błyskawicznie.

Social tagging: > > > > > > > > >

Komentarze zamkniete.

  • RSS RSS: hipnowieści z Hipnotransfery

  • Artykuły

  • Najnowsze komentarze

  • Kategorie Artykułów

  • Top